niedziela, 18 stycznia 2009

remont ciemni

bo zwyczajnie się o to prosiła...
zamysł zrodził się dawno i pęczniał, aż w końcu:
krok pierwszy:
cały dobytek pieczołowicie spakowałem w kartony, pudła i pudełka. przeniosłem do sąsiedniego pomieszczenia.

krok drugi:
zabezpieczyć przed pyłem, kurzem i intruzami. do tego celu świetnie się nadała wielka płachta foli ochronnej, jaką zaawyczaj używa się przy wszelkiech remontach.

krok trzeci:
całkowicie puste pomieszczenie, z którego będzie doskonała ciemnia. zdecydowanie lepiej się pracuje, kiedy nic nie przeszadza w operowaniu wiertarkami, poziomnicami i innymi diabelskimi atrybutami budowlańca.

krok czwarty:
przygotowałem ściany i sufit na dalsze męki. lekko skułem wystające na miarę dzioby betonu. doprowadzając do kresu jego wytrzymałości wessałem odkurzaczem cały pył z powierzchni. na koniec wielkim pędzlem zagruntowałem ściany i sufit.

krok piąty:
w zasadzie powinien być jako czwarty, ale zakumałem za późno... zaplanowałem zlew w innym miejscu, niż było poprzednio, więc musiałem dokonać lekkich przeróbek instalacji wodnej i kanalizacyjnej. zdecydowałem, że "zrobię to w miedzi", bo akurat miałem wszystkie potrzebne kształtki (kolanka, mufy i nyple).

krok szósty:
który też powinien być przed czwatrym, ale... no, wiadomo - zdryty berecik. dodatkowa wentylacja. uznałem, ze kratka wentylacyjna w sąsiednim pomieszczeniu to za mało, dlatego przy użyciu młotka, przecinaka i własnych, mizernych mięśni zrobiłem dodatkowy kanał wentylacyjny.


krok siódmy:
wiedząc już jak będzie wyglądało ustawienie w ciemni - zadbałem o gniazda prądu elektrycznego w okolicach, gdzie znajdą się balty robocze - ten mokry i ten suchy.


krok ósmy:
zamyśiłem sobie, że na ścianach najlepiej prezentować się będzie płyta kartonowo-gipsowa. w okolicach blatu "mokrego" stołu roboczego przykleiłem płytę impregnowaną, odporną na wilgoć. na pozostałych ścianach zamontowałem płytę zwykłą. do montażu użyłem mocnego gleju gipsowego, poziomnicy i głowy.


krok dziewiąty:

żeby zminimalizować miejsca zbierania się kurzu i brak możliwości utrzymywania ciemni w stanie "bezkurzowym" postanowiłem jednak zabudować pion kanalizacyjny, jaki biegnie w moim pomieszczeniu.

na dziś koniec.
ciąg dalszy nastąpi...

niedziela, 28 grudnia 2008

bieszczady

kończę rok z przebijającą się przez czaszkę myślą o Bieszczadach...



tam zostawiłem serce.









w zamian napełniłem płuca oddechem wiatru na Bukowym Berdzie.




przechowuję skrycie ten wiatr na samym dnie mojej duszy.




czasami, kiedy tęsknię - dotykam tego oddechu, tego zapachu, wiatru i przestrzeni.



...

piątek, 26 grudnia 2008

tuż za deszczem




powoli zbierają się kadry do cyklu.


mozolnie


z kilkudziesięciu zrobionych - mam dwa, może trzy do prezentacji...


sztuka cierpliwości.


sztuka fotografii...

niedziela, 14 grudnia 2008

oto Człowiek

Jako dziecko, wraz z kilkoma kumplami robiliśmy czasami na rowerach wyprawy po okolicy. Dla dziesięcio, czy dwunastolatków wyprawy w promieniu 10 kilometrów od domu były poważnymi ekspedycjami. Zazwyczaj jeździliśmy do lasu, na glinianki, na bunkry, czy nad jezioro. Podczas jednej z takich wycieczek natknęliśmy się na stary, zapomniany cmentarz.




Pamiętam, że bawiliśmy się na nim w chowanego. Był tam jeden taki grobowiec, otwarty niedużą dziurą, przez którą można było wejść do środka. Wewnątrz stały dwie cynowe trumny, całe spowite w pajęczynach i ornamentach, jakie mistrz umieścił tworząc te śmiertelne dzieła sztuki.



Minęło wiele lat.
Od jakiegoś czasu myśl o tym cmentarzu drążyła w mojej głowie potrzebę podróży. W zeszłą sobotę pojechałem tam. Dziwne, po dwudziestu pięciu latach nie pamiętałem jak w to miejsce dojechać, szczęściem spotkałem starszą kobietę, która rowerem jechała do miasta:
- Cmentarz? Ten niemiecki? A czemu pan pyta?

Wyjaśniłem, że chcę zrobić zdjęcia, że opisać chcę, że zatrzymać w pamięci…
- Za krzyżem w prawo, w polną drogę musi pan pojechać, potem za górką będzie las…
Z dokładnością mapy satelitarnej opowiedziała mi drogę do celu. Na koniec rzuciła jeszcze:
- Ale tam panie już nic niema, tylko drzewa i krzaki. Wszystko zarosło. Tylko nieboszczyki są w ziemi, ale grobów nie widać już.
Podziękowałem pięknie i życząc zdrowia ruszyłem.



Mała osada pod lasem. kilka gospodarstw rozrzuconych wśród rudych traw. Na górce, na skraju lasu - stary cmentarz. Pamiętam, że jeszcze 25 lat temu wyraźnie było widać napisy na nagrobkach, dziś raczej wyobraźnia, niż oczy opowiada czyje ciało w tym miejscu łączy się z ziemią ...

Stado dzikich ptaków, które na moje oko ornitologicznego dyletanta były krukami, krążyły nad okolicą z rozdzierającym przestrzeń krzykiem. Dzień był szary i zimny. Pomyślałem, że mam fatalne warunki oświetleniowe do fotografowania. Rozłożyłem statyw, podpiąłem kasetę do aparatu, wybrałem obiektyw. Zrobiłem może ze dwa zdjęcia, kiedy spostrzegłem postać idącą w moim kierunku. Jak się później okazało – było mi dane spotkać Człowieka przez duże CZ.


W pobliskim domu mieszka Pan Wiesław, kiedy zobaczył, że fotografuję - przyszedł. Zaczęliśmy rozmawiać. Ludzie nie przestają mnie zadziwiać, wystarczy dać im chwilę uwagi, chwilę szczerego zainteresowania - a opowiadają tak niesamowite historie... Niezwyczajni Ludzie Zwyczajni.




W zasadzie tego cmentarza już nie powinno być. W zasadzie mijający czas, igliwie, umarłe liście i miękka warstwa mchu powinny ukryć przed oczami istnienie tego miejsca... Pan Wiesław mieszka tu od siedmiu lat. Kilka lat temu postanowił poświęcić swój wolny czas na przywrócenie tego miejsca z mroków niepamięci. Każdą wolną chwilą odkrywa kolejne groby zdejmując z nich ogromną warstwę czasu i bezlitosnej natury, która wdziera się ze swoją żywotnością rodząc na grobach nowe drzewa, grzyby, dywany mchu.
- A kto wie, gdzie mnie pochowają? Przecież to ludzie. Niemcy? Nie, ludzie!
I tak oto po raz kolejny spotkałem na swojej drodze Człowieka...



Mamiya rb67 proS + Sekor C 90 1:3,8 Adox CHS 100 ART 100@400 Fomadon r09new 1+50 20*C 24' 0-1'+1x/1'

poniedziałek, 8 grudnia 2008

czwartek, 4 grudnia 2008

i znowu...

jak to jest? czy ja mam tak odmienne patrzenie na swiat? dlaczego to, co mnie zatrzymuje na chwilę, dwie, czy więcej - prawie nikogo nie?


oto poszlaka: